Przed rokiem do jego rzymskiego mieszkania, kamienicy z widokiem na plac Wenecki przyjechał Quentin Tarantino. Wiedział, że maestro nie przepada za brutalnymi scenami w jego filmach, choć na szczęście nie zaprotestował gdy w "Django" i "Bękartach wojny", cytował jego kompozycje z filmów Sergio Leone. "Od zawsze marzę, żeby mistrz skomponował także muzykę do mojego westernu" - powiedział mu pewnie gdy przeszli do sedna. Dziś ścieżka dźwiękowa do "Nienawistnej ósemki" ma już nominację do Złotego Globu i szansę na Oskara, a Morricone zapowiedział, że ten "kawałek", bodaj już sześćsetny w swoim dorobku, włączy także do repertuaru koncertowego i wykona w Hali Stulecia we Wrocławiu. Oczywiście, obok specjalnej kompozycji, w której pojawią się utwory z siedmiu filmów z jego muzyką, które dostały Oskary.

Przed dwoma miesiącami w rozmowie z polskimi dziennikarzami (polecam znakomity tekst "Kompozytor absolutny" Remigiusza Grzeli w styczniowym Zwierciadle - przyp. JA), goszczącymi w tym samym domu, w której mieszka także Sophia Loren Ennio Morricone obiecał: - Wrocław dostanie coś specjalnego, ale to niespodzianka.

Niestety, 87-letni kompozytor i dyrygent nie zapewnił, że pojawi się temat, który autor tekstu, jak zresztą cała Europa, nuci sobie od 30 lat. Temat "Chi Mai" pochodzi wprawdzie z jugosłowiańsko-włoskiego filmu Jerzego Kawalerowicza "Magdalena" z roku 1971, ale świat zna go także jako motyw przewodni ścieżki dźwiękowej filmu "Zawodowiec" z Jeanem Paulem Belmondo a przede wszystkim serialu pt. "Ośmiornica" emitowanego w Polsce w latach połowie lat 80. Naprawdę kultowego - ktoś nawet wspominał w necie, jak pewien lekarz kazał jego mamie szybciej rodzić, bo śpieszył się na ostatni odcinek. 

Muzyka za garść dolarów

Zresztą właściwie każdemu Europejczykowi, w wieku wszelakim, zarówno nazwisko jak i muzyka Morricone kojarzy się z czymś ważnym: z jakąś sceną z najczęściej doskonałego filmu, a przez to z jakimś życiowym wspomnieniem, refleksją nad światem, życiem, polityką, kulturą. Czasem kojarzy się z miłością, czasem z mafią, innym razem z papieżem albo tym co się zdarzyło dawno temu w Ameryce. Albo z tym, co grało Cinema Paradise. 

Sam Morricone, przyznaje, że uważa kino i film za dziedzinę kultury, która najbardziej spełnia postulat syntezy sztuk: łączącą ze sobą muzykę, sztuki wizualne, słowo, a więc literaturę... Na swoją twórczość też prowadzi w kierunku "muzyki absolutnej", którą na salach koncertowych przestaje pełnić rolę ilustracyjną czy użytkową. Zresztą w przypadku Morricone nigdy taka do końca nie była. Sama opowiadała historię.

Kiedy pięć lat temu włoskiemu kompozytorowi w Szwecji wręczono nagrodę Polar Prize, czyli "muzycznego Nobla" (ma na koncie około 60 nagród, w tym pięć nominacji do Oskara), stwierdzono, że twórczość tego włoskiego kompozytora, aranżera i dyrygenta "przenosi nasze istnienie w inny wymiar". Coś w tym jest. Dzięki muzyce głębiej i intensywnej wchodzimy przecież w świat filmu. A kino staje się nie tylko częścią naszej kultury, ale i rzeczywistości, świata w którym żyjemy. 

Wszyscy kochamy Ennio

Kiedy w 1965 roku, Ennio Morricone zasłynął stworzeniem ścieżkę dźwiękową do legendarnego spaghetti westernu, nomen omen zatytułowanego "Za garść dolarów", ograniczenia budżetowe uniemożliwiły mu wykorzystanie pełnej orkiestry. Poradził sobie. Wykreował nowy rodzaj muzyki ilustracyjnej i towarzyszącej temu, co działo się w na ekranie w filmie Sergio Leone. Tamta "dolarowa" trylogia, przede wszystkim za sprawą muzyki filmowej Ennio Morricone przeszła do historii kina, a kompozytor wyznaczył kierunek, w jakim podążali kolejni kompozytorzy, którzy związali się z X muzą. Właśnie w tym roku, 2016, mija 60 lat odkąd włoski kompozytor... niezmiennie inspiruje innych twórców, nie tylko związanych z kinem czy muzyką klasyczną. Morricone tak samo wpływa na rockowców, jazzmanów czy muzyków pop. Przecież z jednej strony Metallica zawsze rozpoczyna swoje koncerty od "Ekstazy złota" (dla odmiany Ramones kończa tym kawałkiem swoje występy), kompozycji Morricone z filmu "Dobry, źli i brzydcy", z drugiej maestro zdarzyło się współpracować z Pet Shop Boys, Zucherro czy Stingiem. The Edge, gitarzysta U2, który zadedykował swojemu ulubionemu kompozytorowi album "No Line On The Horizon". W szacunku do włoskiego mistrza przebił go gitarzysta alternatywnego Kasbian, który swoją wdzięczność za muzyczne wzruszenia z młodości okazał nadając synowi imię Ennio. 

To, że "Wszyscy kochają Ennio", nie jest przesadą, gdyż panowie Bruce Springsteen, Andrea Bocelli, Chris Botti, Quincy Jones, Yo-Yo Ma, Herbi Hancock i panie Celine Dion, czy Renée Fleming tak właśnie zatytułowali płytę z jego słynnymi kompozycjami, która ukazała się 10 lat temu z okazji 50-lat działalności artystycznej mistrza i przyznaniu mu Oskara za całokształt twórczości. Zresztą Herbie Hancock zrobił to chyba także przepraszając za błąd, a właściwie wielbłąd Amerykańskiej Akademii Filmowej. W 1987 pokonał Morricone w wyścigu po Oskara za muzykę do filmu. Co jak co, ale akurat muzyka z "Misji" była nie do pokonania. Do dzisiaj jest.

Od ghostwritera do maestra

Najczęściej zadawanym Morricone pytaniem jest to, którą swoją kompozycję ceni najbardziej. Nic dziwnego, że maestro unika odpowiedzi. Ma już w dorobku niemalże 600 utworów, i nie zapowiada się, żeby zamierzał zrobić przerwę. W przerwach między komponowaniem dyryguje i koncertuje. Tylko w 2015 i 2016 do kin wejdzie pięć filmów z jego muzyką. Oprócz wspomnianego najnowszego dzieła Tarantino, będą to francuski dramat wojenny Christiana Cariona pt. "En mai, fais ce qu'il te plaît", kanadyjsko-brytyjska animacja "The Canterville Ghost", amerykańską opowieść o mafii "The Untouchables: Capone Rising", zapowiadana jako praquel "Nietykalnych", i w końcu najnowszy film swojego ulubionego reżysera i przyjaciela Giuseppe Tornatore zatytuowany "La corrispondenza". Morricone traktuje więc wszystkie utwory jak swoje dzieci, nad każdym pracuje z taką samą intensywnością i poświęceniem, nie wartościuje ich i oddaje ocenę widzom a przede wszystkim słuchaczom. Nie przepada też za pytaniami o początek kariery i współpracę z Sergio Leone przy jego słynnych spaghetti westernach. Nic dziwnego, odpowiada na nie od 60 lat, a panowie poznali się już w podstawówce. Morricone już wtedy "komponował". W wieku siedmiu lat grał na trąbce (jego ojciec, zawodowy muzyk, grał na tym instrumencie) na kawałki, które można by nazwać "sygnałami na polowanie".

Potem kończył rzymskie konserwatorium, studiując grę na trąbce i kompozycję. Już w latach 40. i 50. dorabiał muzykując w klubach i próbując sił we wszelkich możliwych gatunkach i rolach - muzyka, aranżera, a nawet kompozytora ghost writera, piszącego utwory "za" sławniejszych, zabieganych kolegów. Aż do pierwszego poważnego filmowego zlecenia, napisania własnej ścieżki dźwiękowej do komedii pt. "Faszysta" w reżyserii Luciano Salce. Zaraz potem było spotkanie z Sergio Leone i trzy filmy z jego kompozycjami, po których nie musiałby już niczego robić, a i tak zapisałby się w annałach kina. A to był dopiero początek. Potem przyszły zamówienia m.in. od Briana De Palmy, Passoliniego, Polańskiego, Stone i seria arcydzieł Giuseppe Tornattore. A dziś? Urodzony w 10 listopada 1928 roku artysta wstaje codziennie o 5 rano, komponuje i przygotowuje się do europejskiego tournee z 200 osobową orkiestrą praskiej filharmonii. 23 lutego zobaczymy i usłyszymy go we wrocławskiej Hali Stulecia. 

Autor: Jacek Antczak

[Tekst ukazał się w 2 numerze (styczeń - marzec) Gazety Europejskiej Stolicy Kultury]

źródło: informacja prasowa


Data: 
23.02.2016 (wtorek), 20:00
Cena: 
129.00 zł
189.00 zł
289.00 zł
359.00 zł
590.00 zł
Miejsce: 
Cinema Paradiso, czyli misja Ennio Morricone
Kategoria: 
Tagi: